“Kilka czynników i jeden ogromny zbieg okoliczności sprawiły, że z dnia na dzień poświęciłem się w pełni tatuowaniu…” – Bartosz Wojda, człowiek o ogromnym potencjale, talencie i równie wielkiej skromności…

“Kilka czynników i jeden ogromny zbieg okoliczności sprawiły, że z dnia na dzień poświęciłem się w pełni tatuowaniu…” – Bartosz Wojda, człowiek o ogromnym potencjale, talencie i równie wielkiej skromności…

TATTOO-MAP: Hej Bartku, na początek powiem może, że bardzo mi miło, iż w końcu, na ostatniej krakowskiej konwencji miałam okazję poznać Cię osobiście! Nie jest to jednak dla Was, tatuatorów czysto towarzyski spęd, dlatego nie miałam szansy wypytać Cię o wiele rzeczy, które mnie interesują 🙂 Powiedz mi proszę, od jak dawna możemy śledzić Twoje poczynania?

BARTOSZ WOJDA: Ciebie również było miło poznać! Niestety zapomniałem Ci wspomnieć, że nie jestem mistrzem pióra 😉 Ponad 3 lata temu zacząłem swoją przygodę z tatuażem.

TATTOO-MAP: A co było wcześniej? Wszystko zmierzało w tym właśnie kierunku czy w jakimś zupełnie odmiennym, jak w przypadku wielu tatuatorów? 

BARTOSZ WOJDA: Studiowałem na Katowickiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Projektowania Graficznego, gdzie najwięcej czasu poświęciłem rysowaniu animacji poklatkowych. Pomimo tego, że ich proces wykonawczy był bardzo męczący (stworzenie od podstaw kilku minutowego teledysku zajmowało mi średnio rok systematycznej pracy), czułem, że to jedyna dziedzina projektowa, której chciałem się w pełni poświęcić, związać z nią swoją przyszłość. Kilka czynników i jeden ogromny zbieg okoliczności sprawiły, że z dnia na dzień poświęciłem się w pełni tatuowaniu, zamykając tym samym wszystkie powoli otwierające się drzwi związane z projektowaniem graficznym. Zacznę od początku. Wychowywałem się na uboczu Gliwic, gdzie zjawisko tatuażu nie było specjalnie zauważalne. Pierwsze tatuaże zobaczyłem z bliska na moich starszych kolegach z bloku. W większości były to dziary związane z klubami piłkarskimi albo koślawe tribale – bardziej przypominające chorobę skórną 😉 (wybaczcie!). Pierwszy bliski kontakt z bardzo dobrze wykonanymi tatuażami miałem mniej-więcej pod koniec liceum. Mój długoletni przyjaciel, Łukasz analizując polską scenę tatuażu w celu znalezienia odpowiadającego mu artysty, zdecydował się na zrobienie rękawa u Edka. Przy okazji pokazywał mi prace Dawida Rudzińskiego i Bartosza Panasa. Byłem pod dużym wrażeniem wzorów wyżej wymienionych, ale przez myśl by mi nie przeszło żeby zacząć tatuować. W czasie studiów poznałem Kamila Czapigę, który niedługo później zaczął swoją przygodę z tatuażem. Przez niego poznałem prace Marcina Surowca i reszty ekipy Czaszki i Sztylet. Kamil zachęcał mnie, abym też spróbował swoich sił w tej dziedzinie, ale ciągle miałem mieszane uczucia. Uwielbiałem animacje i uczucie tworzenia czegoś ruchomego, żywego. Na tym etapie nie miałem na sobie żadnego tatuażu. Wszystko zmienił wcześniej wspomniany przypadek. Pewnego mocniej zakraplanego wieczoru zaproponowałem kolegom żebyśmy wybrali się na walk in day w krakowskim Kulcie, który miał odbyć się nazajutrz. Widząc wcześniej na skórze tatuaże wykonane przez Edka, było dla mnie oczywistym, że chcę zrobić sobie coś u niego. Tak też się stało i niezależnie od tego, jak infantylnie to zabrzmi, patrząc na wykonywaną przez niego pracę na mojej skórze zostałem totalnie kupiony. Po tej zaledwie godzinnej sesji wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby zacząć tatuować. W pełni poświęciłem się temu rzemiosłu dopiero rok od tej decyzji. W międzyczasie robiłem, jak się okazało, ostatni teledysk dla jednego z moich ulubionych muzyków. Dzień po skończeniu pracy nad animacją zacząłem stawiać pierwsze kroki z maszynką w ręku.

TATTOO-MAP: Jak właściwie wyglądały Twoje początki, jak je wspominasz i co było właściwie najtrudniejsze?

BARTOSZ WOJDA: Początek miał miejsce w mieszkaniu Kamila Czapigi, który zaoferował mi pożyczenie sprzętu i poświęcenie mi trzech dni, w czasie których miałem wytatuować jak najwięcej znajomych. Kamil tatuował wtedy nie więcej niż półtora roku i sam zaznaczał jak bardzo nieodpowiedzialnym jest pokazywanie mi czegokolwiek, gdyż sam nie wiedział za dużo. Czuł jednak że mocno mi na tym zależy i że przekazanie swojej, w tamtym czasie, małej wiedzy nie pójdzie na marne, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny! Pokazał mi jak dbać o higienę, jak przygotować kalkę, czyli podstawy podstaw. W czasie tych trzech dni zrobiłem pod jego okiem cztery tatuaże na znajomych, którzy wiedzieli na co się szykować i świadomie podłożyli się pod moją drżącą rękę. Nigdy im tego nie zapomnę! Po tych trzech emocjonujących dniach czułem się jakbym przebiegł maraton. Byłem świadom tego, że Kamil nie będzie mi wstanie poświęcić więcej czasu, dlatego po długo wyczekiwanym skompletowaniu bardzo podstawowego sprzętu zacząłem tatuować się sam w mieszkaniu moich rodziców. Pomimo ich obaw, bardzo mi kibicowali dając przyzwolenie na zapraszanie do siebie moich znajomych oraz obcych ludzi, którzy chcieli zrobić sobie darmową dziarkę. Do dziś twierdzę, że moja mama jest jednym z lepszych menadżerów, serwując herbatę i ciastka własnego wyrobu! Niedługo później wytatuowałem tatę. Udostępniając zdjęcia moich pierwszych poczynań w mediach społecznościowych docierałem do garstki ludzi, która tatuowała się w zamian za zwrot kosztów igieł i tub. Po roku totalnie nieświadomych poczynań dostałem zaproszenia na guest spoty do warszawskiego Black Star’a i krakowskiego Rock’n’Ink, u których później zacząłem prace. Ekipa Sołtysa miała ogromny wpływ na mój rozwój. Codziennie widziałem jak może różnić się sposób pracy różnych tatuatorów, jak przebiega ich współpraca z klientem. Największą lekcją było codzienne obserwowanie pracy Piotrka Błaszkiewicza, jednej z najskromniejszych i najbardziej utalentowanych osób, które poznałem. Przez równy rok siedzieliśmy w studiu do późnych godzin obgadując wszystkie tematy świata. W czasie pobytu w Krakowie, co miesiąc jeździłem na guest spoty starając dowiedzieć się jak najwięcej od zagranicznych kolegów po fachu. Odpowiadając na pytanie, co było najtrudniejsze na samym początku, to zdecydowanie była to ilość rzeczy, których nie rozumiałem i na które starałem się sam znaleźć odpowiedzi. Jak głęboko wbić igłę? Czemu linie wyglądają tak źle po zagojeniu? Czym jest ta blacha w maszynce i czemu właśnie pękła? Po co te gumki recepturki? I milion innych. Żeby było śmieszniej, to może w jakimś stopniu odpowiedziałem sobie na niektóre z nich, ale im dłużej tatuuję pytań jest tylko więcej i są zdecydowanie trudniejsze. Zdaję sobie sprawę, że trzy lata pracy to zaledwie początek. Strasznie cieszę się z faktu, że tatuaż daje tak ogromne możliwości rozwoju, na które ludzie poświęcają całe swoje życie.

TATTOO-MAP: Wykonujesz prace black workowe z wykorzystaniem dot worku. Twoje mocno graficzne tatuaże posiadają niezwykły, nieco mroczny klimat. Mógłbyś opowiedzieć nam coś więcej, o tym, co tworzysz, co w tatuażu przemawia do Ciebie najsilniej i co sam starasz się przenieść do swojej pracy?

BARTOSZ WOJDA: Właściwie swoim pierwszym zdaniem w pełni podsumowałaś moje prace 😉 Ciężko wypowiadać mi się na tę chwilę o tym, co robię, gdyż uważam, że za krótko tatuuję. Dopiero po paru latach ciężkiej pracy można zauważyć w swoich rysunkach cechy, które powoli składają się na to czym jest własny styl czy klimat. Na tą chwilę staram się zrozumieć jak zbudować solidny tatuaż, który będzie wyglądał dobrze za kilka, kilkanaście lat. Kombinuję trochę ze zróżnicowaniem faktur i śladów. Zależy mi na tym, aby klient był zadowolony z naszej współpracy. Zdecydowanie wolę się rozpisać o tym, co fascynuje mnie w tatuażu! Niesamowitym jest fakt, że pomimo ograniczeń i ram tatuatorskiego medium, ciągle powstają prace, które są świeże, zachowując przy tym tradycyjny sznyt. Ikonografia, która sprawdzała się lata temu nadal działa i ma się świetnie. Znane i setki razy przerobione motywy nabierają nowej mocy, kiedy są przetworzone przez wrażliwość danej osoby. Za przykład podam pracę, którą zobaczyłem na Instagramie na profilu Stacea Foranda i do dziś nie może mi wyjść z głowy. Poszukaj chryzantemy z wężem. Wszystko jest w niej wizualnie i technicznie tak aktualne i nowoczesne, a jednocześnie nawiązuje do japońskiej tradycji. Im więcej szukam prac starszych tatuatorów tym bardziej powiększa się mój apetyt na poszerzanie tej wiedzy. Każda dziedzina tatuażu ma swoich przedstawicieli i prekursorów, których trzeba znać! Bez ich wkładu pewnie dalej robiłbym animację. Lubię wszystkie odłamy i style, od chicano i biomechaniki do neotradu i tribali. Czasami sobie myślę, że gdyby coś sprawiło że nie mógłbym tatuować, to równą przyjemność sprawiałoby mi mycie podłogi w jakimś fajnym studiu 😉

TATTOO-MAP: Zawsze, kiedy oglądam czyjeś prace, analizuję, w głowie pokazują mi się różnego rodzaju powiązania – taki mój prywatny „atlas mnemosyne” 🙂 W moim rodzinnym domu jest przedwojenny, właściwie XIX wieczny atlas przyrodniczy, pozostawiony przez Niemców, którzy w czasie okupacji, rodzinny dom mojej mamy zaanektowali na swoją siedzibę – zbędna anegdota, wiem… – i abstrahując od historii, w jaki sposób weszliśmy w jego posiadanie, jako dziecko siedziałam i przeglądałam go godzinami, te wszystkie grafiki zwierząt, rośliny, potworów morskich, szkieletów… Niesamowicie fascynujący materiał. Nie ukrywam, że kiedy przeglądam Twoje prace – przedstawienia zwierząt, roślin, ludzkich i zwierzęcych czaszek, to właśnie te dawne grafiki przychodzą mi do głowy. Tym obszernym, trochę rozgadanym wstępem zmierzam właściwie do krótkiego pytania, co Cię inspiruję, jakie fascynacje wypełniają Twoją głowę pomysłami?

BARTOSZ WOJDA: Skojarzenie z grafikami z atlasów jest jak najbardziej trafne, lecz cała magia polega na tym aby nie traktować książek jako zbioru darmowych wzorów, tylko trzeba rysować je samemu! 😉 Oczywiście zdarza mi się w większym bądź mniejszym stopniu traktować zdjęcia bądź ilustracje jako referencje, tłumacząc to sobie tym, że w tatuażu nowożytnym jest to i było częstą praktyką. Inspirującym jest jednak dążenie do momentu, w którym będę rysować autorskie prace na bazie języka tatuażu, który z czasem sobie wykrystalizuję. Uwierz, pracując u boku Łukasza Sokołowskiego i Marceliny Urbańskiej nie mam innego wyjścia! Jest we mnie dużo z dziecka i rzeczy, które fascynowały mnie, kiedy byłem parolatkiem do dziś zajmują podium w mojej głowie. Strasznie lubię tematykę Science – Fiction. Bardzo cenię sobie fakt, że mój tata na dobranockę puszczał mi Godzille na VHS’ie. Łowcę Androidów i Obcego zobaczyłem zdecydowanie w zbyt młodym wieku 😉  Strasznie podobają mi się starania filmowców z połowy ubiegłego wieku wzwyż, którzy za pomocą makiet i kostiumów starali się pokazać obce cywilizacje, latające talerze i inne niestworzone rzeczy. Jestem dużym fanem analogowych efektów specjalnych. To, co Carpenter i Cronenberg robili w latach osiemdziesiątych jest dla mnie trwalsze niż pomnik ze spiżu 😉 Cieszy mnie fakt, że wielu tatuatorów pracujących w różnych stylach, nawiązuje do podobnych tematów z kosmosu. Prace Rotora lub Zacha Taylora, mocno osadzone w tradycyjnym stylu przepięknie nawiązują do horrorów klasy B, a z drugiej strony Nick Filth czy (kiedyś)Timothy Hoyer w swój autorski sposób cytują wizję Gigera. Ale Science – Fiction to nie tylko horror w kosmosie, ale sama idea czegoś obcego. To również na przykład flora i fauna w mniej standardowym wydaniu. Wracając do bardziej przyziemnych inspiracji, bardzo ważną sprawą jest dla mnie umiejscowienie tatuażu i to jak “porusza” się na ciele. Jest to jeszcze bardziej żywe niż film czy animacja. Staram się robić coraz więcej prac z freehandu, rysując wzór na ciele, tak aby był lepiej wkomponowany w anatomię klienta.

TATTOO-MAP: Zastanawiam się, czy pytanie o to, jakie motywy, jakiego typu prace wykonujesz najchętniej jest potrzebne 😀 Kiedy przeglądam Twoje prace widzę niezwykle wiele motywów, hmmm jakby to ująć, szkieleto-podobnych 😀 Czy to właśnie tego typu tematyka jest Ci najbliższa?

BARTOSZ WOJDA: Jest mi na pewno bliska ;). Z jednej strony jest to syndrom początkującego tatuatora, który zabiera się za mroczniejsze tematy. Każdy chłopiec lubi rysować czaszki. Z drugiej strony to ogromne pole do popisu w kwestii detalu, faktur i kontrastu. Twarde, kościste powierzchnie dają dużą wolność w przedstawieniu pęknięć, zarysowań i ubytków, które bardzo sugestywnie można wykonać za pomocą technik, którymi  staram się posługiwać. Równą przyjemność sprawia mi interpretowanie rzeźb, w których również mam możliwość robienia podobnych zabiegów. Po za tym, lubię tatuować wszystko ;).

TATTOO-MAP: Twoje prace bazują na czerni, nigdy nie widziałam by pojawiał się w nich kolor. Myślałeś kiedyś, żeby go wprowadzić, albo czy zdarza się, że klient próbuje Cię na niego naciągnąć?

BARTOSZ WOJDA: Kiedy zaopatrywałem się w rzeczy potrzebne do tatuowania kupiłem kilka podstawowych kolorów, ale nigdy ich nie użyłem. Pierwszy tatuaż, jaki na sobie zrobiłem miał być w domyśle kolorowy, ale kiedy położyłem czerń byłem już tak zmęczony samym procesem, że nie dałem rady 😉 Po za tym chciałem, robić wszystko powoli, krok po kroku. Jak zdałem sobie sprawę ile zabawy daje mi poruszanie się jedynie w czerniach i szarościach to zapał do kolorowania moich prac opadł. Wiem, że prędzej czy później zacznę tatuować przy użyciu większej palety pigmentów. Zanim się to stanie powinienem spędzić kawał czasu przed kartką papieru aby nadać kształt pomysłom, lecz wiem, że w samych czerniach mam jeszcze do odrobienia dużo pracy domowej.

TATTOO-MAP: Mam nadzieję, że wybaczysz mi teraz prywatę, ale naprawdę zastanawia mnie, jak to jest, kiedy dwoje ludzi łączy nie tylko prywatna relacja, ale i wykonywany zawód i to do tego tak specyficzny – umówmy się – pochłaniający znaczna ilość czasu. Pomagacie sobie? Inspirujecie się wzajemnie? Jak to jest?

BARTOSZ WOJDA: Lubię kiedy moje życie prywatne pozostaje prywatnym, nie jesteśmy fanami selfie sticka ;). Wydaje mi się, że w każdym zdrowym związku ludzie wspierają i inspirują się wzajemnie. W naszym przypadku dzieje się to codziennie, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Od kiedy się poznaliśmy widać ogromne zmiany w naszych pracach oraz standardzie życia ;). Ciągle czujemy niedosyt, bo jak sama zauważyłaś nasza praca pochłania właściwie cały wolny czas. Ale to chyba dobrze!

TATTOO-MAP: Jesteś członkiem wspaniałego kolektywu. Pajęczyna to – moim zdaniem – jedno z najciekawszych miejsc na tatuatorskiej mapie Polski 🙂 Z jednej strony każdy z Was robi coś zupełnie innego, ale jednocześnie jest jakiś bardzo mocny pierwiastek, który Was wszystkich łączy, spaja i to, co wykonujecie. To chyba bardzo inspirujące być w takim miejscu i w takim teamie? 😉

BARTOSZ WOJDA: Dziękuję za miłe słowa! Pozwól, że wypowiem się na ten temat trochę szerzej, gdyż jest to dla mnie mocno emocjonujące ;). Bardzo dobrze się dogadujemy, gdyż mamy taki sam pomysł na miejsce, w którym możemy wygodnie pracować, dając tym samym duży komfort naszym klientom. Po za tym, mamy podobne poczucie humoru. Codziennie chodzę do pracy uśmiechnięty. Pajęczyna jest dla mnie spełnieniem marzeń. Łukasz i Marcelina to wspaniałe istoty, które poznałem przez tatuowanie się u nich. Wyobraź sobie jaka to utopijna dla mnie sytuacja móc pracować  na co dzień z o wiele bardziej doświadczony ludźmi , mając możliwość wspólnego podejmowania decyzji w kształtowaniu naszych czterech kątów. Nawet nie ma miejsca na półśrodki, czy kompromisy, bo mamy spójny cel, który ich nie wymaga. Warto wspomnieć, że Pajęczyna nie istniałaby bez Bubu, naszego menago, któremu pierwszemu z nas urodził się pomysł na stworzenie takiego miejsca. Bez niego by się to nie stało! Jesteśmy sobie wszyscy wdzięczni za to, co razem budujemy i nie możemy się doczekać tego, co przyniosą kolejne miesiące. Z tygodnia na tydzień ściany zapełniają się kolejnymi obrazkami, nie chcemy żeby nasza pracownia przypominała gabinet dentystyczny. Lista gości, którzy cyklicznie nas odwiedzają ciągle się powiększa, promując przy tym style i wartości które do nas przemawiają najmocniej. Nadaje to studiu jeszcze więcej życia i rytmu pracy. Chciałbym, aby w przyszłości dołączyli do nas tatuatorzy, którzy swoją postawą sprawią, że będziemy coraz ciekawszym punktem na mapie Polski, rozwijając jednocześnie dotychczasową jakość. Obserwując takie miejsca jak Caffeine, Cykada, Rock’n’Ink czy swojego czasu Czaszkę i Sztylet, wiem, że jest to możliwe.  Zawsze cieszy mnie, kiedy nasi klienci wychodzą od nas z większą wiedzą na temat zjawiska tatuażu. Jeszcze bardziej mnie cieszy, kiedy do nas wracają! 😉 Kończąc moje wywody – logo Pajęczyny mówi o nas praktycznie wszystko. Jesteśmy ludźmi którzy kochają to, co robią. A jeśli mi nie wierzysz to zapraszamy na pierwsze urodziny studia, które odbędą się we wrześniu. Będziemy tatuować i świętować!

TATTOO-MAP: Bartku, choć wierzę Ci na słowo, z miłą chęcią z Wami poświętuję, tym bardziej, że obiecywałam odwiedziny również Marcelinie.  

 

======

 

All photo content was taken from Bartosz Wojda’s Social media:

Bartosz Wojda fanpage: https://www.facebook.com/bartosz.r.wojda

Bartosz Wojda Instagram: https://www.instagram.com/bartekwojda/?hl=pl

Pajęczyna : https://www.facebook.com/pajeczyna/

Pajęczyna Instagram: https://www.instagram.com/pajeczyna_tattoo/?hl=pl

About Maria Smigiel

The first time I set foot in a "tattoo studio", I was 15 years old. This is when my tattoo adventure begun. Fortunately, some time later, I met people to whom, I can confidently call true artists, even if my opinion of artists have been met with a rather large dose of skepticism, as I am strongly against calling just any tattooist an artist . What tattoos do I like the most? Those Good ones. Although I admit that my favourite style is neo-traditional and traditional. After holding the tattoo machine for the first time, I concluded that my first choice of history of art module at university was a much suited career path as apposed to a tattoo artist. For years, I have had the pleasure to surround myself with extremely talented people, not only those who are breaking the conventions, but also the negative stereotypes. These talented people have an incredible amount of knowledge to share. This brief explanation certainly does not reflect in full how truly talented and remarkable these People are, but it gives me the opportunity to introduce to you, those whom I admire before we get to know them a little better.