“Dziarą w raka”, czyli wspaniała inicjatywa, która choć na chwilę pozwala tym najmłodszym zapomnieć o codziennej walce z chorobą. Rozmowa z Marcinem Prusem – organizatorem akcji!

“Dziarą w raka”, czyli wspaniała inicjatywa, która choć na chwilę pozwala tym najmłodszym zapomnieć o codziennej walce z chorobą. Rozmowa z Marcinem Prusem – organizatorem akcji!

TATTOO-MAP: Tatuatorem nie jesteś, ale branża ta jest Ci dosyć bliska. Powiedz mi, czym właściwie zajmujesz się na co dzień?

MARCIN PRUS: Z wykształcenia jestem PR-owcem, jednak pasja wzięła górę nad wyuczonym zawodem i z uwagi na absolutny brak talentu plastycznego zająłem się promocją sztuki tatuażu poprzez organizacje tattoofestivali z cyklu TattooDays.pl

TATTOO-MAP: Pamiętasz w ogóle, kiedy pojawiła się u Ciebie fascynacja dziarami?

MARCIN PRUS: Tatuaże podobały mi się od zawsze, pierwszą styczność z „tatuażem” miałem praktycznie już za małego bajtla, wychowując się w niedużym mieście we wschodniej części Polski w słodkich latach 90tych, większość czasu spędzaliśmy z rówieśnikami pod blokiem, każdy miał poklejone ręce wzorami z gum balonowych, które za pomocą śliny przenosiło się z wlepki na skórę.

Pamiętam również, że dziadek jednego z kumpli z tamtych lat posiadał mnóstwo tatuaży. Były to proste wzory, typu kotwica na ręku, twarze i postacie nagich kobiet, które większość obecnie nazwałaby „burakiem”, jednak mnie wydawały się turbofajne i na swój sposób magiczne, szczególnie, że w moim domu stanowiły one pewnego rodzaju tabu, tym samym zwiększały moją ciekawość, też samym procesem ich powstawania.

TATTOO-MAP: Jesteś jednym z organizatorów akcji „Dziarą w raka”, jaka jest jej idea i skąd wziął się ten pomysł, no i kto jeszcze za tym stoi?

MARCIN PRUS: Wszystko zaczęło się od prośby ze strony fundacji Spełnionych Marzeń o zorganizowanie dla dzieci jakiejś atrakcji – jedynym z warunków było to, że dzieci nie mogą opuszczać oddziału. Z początku nie wiedziałem, co mogę dla nich zrobić, jednak przypomniało mi się, że nie tak dawno, przeglądając portale społecznościowe natknąłem się na profil Benjamina Lloyd’a – artysty pochodzącego z Nowej Zelandii, który postanowił sprawić przyjemność małym pacjentom lokalnego szpitala w Auckland poprzez przyozdobienie ich skóry tymczasowymi tatuażami. Wtedy szybko pomyślałem o wystawcy który odwiedza praktycznie wszystkie moje tattoofestivale, chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do Adama Brzezowskiego – wiedziałem, że poza malowaniem motocykli, również komercyjnie zajmował się body-paintigiem, a przedstawiony przeze mnie pomysł „wytatuowania” chorych dzieci bardzo mu się spodobał.

No dobra, ale co dalej? – samo malowanie już było, wyszedłem z założenia, że warto jest się kimś inspirować, ale nie kopiować. Postanowiłem, że „dziarą w raka” będzie działało szerzej. Myśląc o tatuażu jako atrakcji zawsze miałem gdzieś z tyłu głowy Przemka Sasora, którego większość zna z projektu BananaINK – byłem przekonany, że zarówno jego zajawka na tatuowanie bananów, jak i pozytywne podejście do życia spodoba się również dzieciakom. Saskiemu również spodobał się mój pomysł i nawiązaliśmy współpracę.

TATTOO-MAP: Opowiedz proszę, na czym konkretnie polega „Dziarą w raka”, jakiego typu działania podejmujecie odwiedzając szpitale, jak nazwa akcji wskazuje – oddziały onkologiczne?

MARCIN PRUS: Organizując spotkania na oddziałach onkologii dziecięcej zawsze staramy się maksymalnie urozmaicić czas małym pacjentom. Główną atrakcją jest oczywiście kolorowanie ich skóry za pomocą aerografu oraz tatuowanie bananowych skórek. Jednak z uwagi na spore kolejki i rodzącą się niecierpliwość, pomocą w rozładowaniu emocji służą zaproszeni na spotkanie tatuatorzy i muzycy. Do tej pory grali z nami: Dariusz Malejonek, Vienio, Junior Stress, Matheo, Sobota i Popek.

Muzycy zapewniają niesamowite wykony, niosące ze sobą pokłady pozytywnej energii. Tatuatorzy pokazują jak poprawnie przygotować projekt, oraz jak przenieść go za pomocą kalki na skórę, a na stoisku Banana INK dzieci próbują własnych sił w tatuowaniu przy użyciu prawdziwej maszynki, farby i igły.

Na koniec spotkania zawsze staramy się zostawić po sobie nie tylko pozytywne wrażenie, ale również materiały plastyczne: kolorowanki, bloki, kredki, mazaki czy też farbki.

Oprócz prowadzonych do tej pory działań, z czasem chcemy z zebranych środków móc odnawiać korytarze oddziałów dziecięcych. Tutaj również niezbędna będzie pomoc tatuatorów, którzy zechcą przygotować wesołe projekty szpitalnych wnętrz.

TATTOO-MAP: O prowadzonej przez Was akcji charytatywnej zrobiło się dosyć głośno, można o niej przeczytać na licznych stronach internetowych, w serwisach informacyjnych. Wzbudziła ona jednak też liczne kontrowersje, na szczęście tylko wśród osób, które zbyt dosłownie brały jej nazwę. W rzeczywistości Wasza wizyta nie pozostawia permanentnego śladu na skórach dzieci, wystarczający ból zadawany przez igły, to ten powodowany podawaniem leków… Z jakimi reakcjami spotykaliście się początkowo, gdy chcieliście zorganizować wydarzenie w szpitalu? Mam na myśli jego władze, personel, rodziców dzieciaków? A jak odbierani jesteście obecnie? (no chyba, że od początku spotykaliście się z entuzjazmem)

MARCIN PRUS: Na początku oczywiście nie obyło się bez tłumaczenia i zapewnień, że użyte w trakcie „dziarania” farby są w 100 % bezpieczne i nie uczulają. Zapewne łatwiej było by powiedzieć „cześć chcemy pomalować buźki pacjentów na oddziale, co wy na to?!”, niż iść z propozycją tatuowania dzieci.

Tutaj, z naszej strony należą się podziękowania Tomkowi Osuchowi – prezesowi fundacji Spełnionych Marzeń za – otwarty umysł i chęci przeforsowania czegoś nowego, dosyć kontrowersyjnego, ale przecież zupełnie niegroźnego i sprawiającego tyle radości. Bowiem wszelkie formalności związane z naszymi wizytami w placówkach medycznych załatwiane były poprzez ww. fundację.

Jeśli chodzi o reakcje dzieci, rodziców czy też personelu zawsze byliśmy bardzo ciepło witani. Nikt nigdy nie odbierał nas negatywnie. Muszę przyznać, że mnie osobiście bardzo pozytywnie zaskoczyła nie tyle otwartość rodziców, co personelu medycznego na prowadzoną przez nas akcję.

TATTOO-MAP: A dzieci? Jak reagują dzieciaki, kiedy na ich skórach malowane są dziary lub gdy sami mogą złapać w dłoń maszynkę, wykonać wzór na skórce od banana i zobaczyć jak to jest?

MARCIN PRUS: Za każdym razem zaskakują nas pokłady energii, które mają w sobie te dzieciaki. Na onkologii dziecięcej nigdy nie spotkaliśmy skwaszonych min, od samego wejścia dzieci witają nas szerokim uśmiechem zadając milion pytań o to, co za chwilę będzie się działo.

Najciężej ma Adam – mali pacjenci pomimo swojego młodego wieku, to ciężcy i wymagający klienci… Tu nie ma miejsca dla fuszerki czy na własne wizje artystyczne Adama. Bardzo często rozmawiając o akcji zakładaliśmy: jedziemy i malujemy dzieciaki wg projektów tatuatorów, którzy w danym dniu towarzyszą nam w szpitalu. Będą oldschoole, będą cartoony, będzie realistyka i inne pozytywnie zwariowane projekty. Adaś sieknie rękaw, szyje i może coś niedużego na twarzy. Media opublikują zdjęcia i wywołają lawinę mniej lub bardziej pozytywnych komentarzy, z których wyłonią się kolejne osoby chcące pomagać.

A teraz opowiem Ci jak wyglądają realia: stoiska rozstawione, sprężarka nabita, farby rozlane na fotelu pierwsza klientka, Adam stawia pierwszą kreskę i pada pytanie „a co Pan maluje, bo ja chcę kotka”, no ok będzie kotek, ale nie może być to pierwszy lepszy kotek z Internetu, to musi być kotek ze zdjęcia w telefonie 5 latki, który czeka na nią w domu. Kolejny przykład: chłopiec wiek plus-minus 15 lat, siada na krzesełku i prosi o 3 litery WGW, miejsce przedramię, na koniec pytamy co to właściwie znaczy – Wiara Gwarancją Wygranej –dla mnie cios, a dla niego na pewno nie był to pusty slogan.

Inne dzieci podbiegają z telefonami pokazując ulubione postacie z bajek – chcą być księżniczkami, batmanami i innymi super bohaterami. Moim zdaniem, ta tytularna, tymczasowa dziara pozwala im nabrać pewności siebie, zapomnieć na chwilę o dolegliwościach choroby, na moment stać się kimś innym…

Co ciekawe, po akcjach w szpitalach często mamy zwrotne informacje od rodziców lub personelu umacniające nas w przekonaniu, że to co robimy ma sens, bowiem dzieciaki dzwonią do dziadków opowiadają o tym, co się dziś w szpitalu działo, mówią o swoich malunkach, o tym, że trzymały maszynkę w dłoni. Czasami jedynie problematyczna staje się kąpiel, gdyż dzieci niechętnie idą pod prysznice z uwagi na świadomość zmywalności „tatuaży”.

TATTOO-MAP: W akcji biorą udział dzieci w każdej fazie choroby?

MARCIN PRUS: Do tej pory nie spotkaliśmy się z sytuacją w której ktoś nie mógłby brać udziału w akcji z uwagi na stan zdrowia, czasami faktycznie zdarzy się tak, że na oddział zjedzie pacjent po operacji, który jeszcze śpi, wtedy wiadomo – nie przeszkadzamy. Są też pacjenci, którzy przebywają w tak zwanych izolatkach i nie wstają z łóżka, wtedy w miarę możliwości odwiedzamy ich pojedynczo.
Fartuch, maseczka, ochraniacze na buty i jazda… W takich warunkach też wykonaliśmy kilka prac, a i pacjenci z pomocą swoich rodziców lub Przemka wykonali kilka dziar na bananowych skórkach.

TATTOO-MAP: A Wy? Jak wy się czujecie, kiedy jesteście w szpitalu, kiedy z niego wychodzicie? Przychodzicie żeby dać im radość, ale chyba niełatwo w takim miejscu samemu zachować uśmiech na twarzy? To musi być ciężkie przeżycie…

MARCIN PRUS: Pierwsza wizyta w szpitalu nie dość, że była wielką niewiadomą, to wzbudziła we mnie szereg refleksji – sam jestem ojcem prawie 3 letniej dziewczynki i szczerze podziwiam spokój poznanych w szpitalach rodziców. Aktualnie, wydaje mi się, że żaden z nas do tych wizyt nie podchodzi personalnie, cieszy nas to, że swoją pracą i poświęconym czasem potrafimy sprawić radość zarówno dzieciom, jak i ich rodziną, że zostawiamy im fajne wspomnienia i zapewniamy materiały dzięki, którym szary dzień w szpitalu nie jest już taki nudny i staje się bardziej kolorowy.

TATTOO-MAP: Współpracujecie z Fundacją Spełnionych Marzeń, pomagacie również zbierać środki na jej podopiecznych. Organizujecie licytację sesji u tatuatorów, którzy zdecydowali się zaangażować – dochód z wylicytowanych tatuaży przekazywany jest na podopiecznych fundacji. Powiedz mi, w jaki jeszcze sposób można wspierać Wasze działania?

MARCIN PRUS: Najprostsze sposoby czasami bywają najlepsze, osobiście zachęcam do udostępniania postów dotyczących licytacji i udostępniania zdjęć z zorganizowanych spotkań im więcej osób dowie się o organizowanych przez nas wydarzeniach tym więcej nowych pomysłów możemy wspólnie zrealizować. Jeśli ktoś chce się zaangażować bardziej, może np. w miejscu swojej pracy zorganizować zbiórkę i z zebranej kwoty kupić bloki, flamastry, kredki, farby czy kolorowanki.

Wystarczy napisać na naszym fanpage prywatną wiadomość, a zorganizujemy kuriera, który dla komfortu darczyńcy odbierze od niego już taką paczkę.

Często dostajemy zapytania czy można z nami iść na oddział i spotkać się z dziećmi, jednak oddziały onkologiczne z uwagi na bezpieczeństwo przebywających na nim pacjentów są oddziałami zamkniętymi – dzięki temu minimalizują ryzyko infekcji u pacjentów.

 

 



https://www.facebook.com/dziarawraka/

http://www.spelnionemarzenia.org.pl/

About Maria Smigiel

The first time I set foot in a "tattoo studio", I was 15 years old. This is when my tattoo adventure begun. Fortunately, some time later, I met people to whom, I can confidently call true artists, even if my opinion of artists have been met with a rather large dose of skepticism, as I am strongly against calling just any tattooist an artist . What tattoos do I like the most? Those Good ones. Although I admit that my favourite style is neo-traditional and traditional. After holding the tattoo machine for the first time, I concluded that my first choice of history of art module at university was a much suited career path as apposed to a tattoo artist. For years, I have had the pleasure to surround myself with extremely talented people, not only those who are breaking the conventions, but also the negative stereotypes. These talented people have an incredible amount of knowledge to share. This brief explanation certainly does not reflect in full how truly talented and remarkable these People are, but it gives me the opportunity to introduce to you, those whom I admire before we get to know them a little better.