Bartosz Panas: “Postrzegam siebie jako jednego z wielu, z ogromnej masy tatuatorskiej, który miał w sobie na tyle dużo determinacji, by mimo olbrzymiej ilości klęsk i porażek plastycznych, brnąć dalej i nieustannie szukać”

Bartosz Panas: “Postrzegam siebie jako jednego z wielu, z ogromnej masy tatuatorskiej, który miał w sobie na tyle dużo determinacji, by mimo olbrzymiej ilości klęsk i porażek plastycznych, brnąć dalej i nieustannie szukać”

TATTOO-MAP: Bartku, myślę, że chyba nikomu nie trzeba Cię przedstawiać, prawdopodobnie jesteś jednym z najbardziej znanych i uznanych tatuatorów w Polsce, myślę, że w Europie również. Jednak jak każdy, Ty także musiałeś gdzieś i od czegoś zacząć. Nie ukrywam, że słyszałam różne opowieści od naszych wspólnych znajomych na temat tego, jak to wszystko wyglądało, w jakich okolicznościach stawiałeś pierwsze kroki w tatuowaniu, były to historie niekiedy zabawne – przyznaję. Chciałabym jednak, żebyś sam coś opowiedział, bo o ile pamięć mnie nie zawodzi, chyba nigdy na ten temat jeszcze nie rozmawialiśmy.

BARTOSZ PANAS: Marysiu, na samym początku naszej rozmowy, chciałbym sprostować kwestię popularności. To, czy jest się najbardziej, czy też najmniej znanym tatuatorem w danym kręgu wyznaczanym przez ludzi, miasta czy państwa nie ma znaczenia. To jest subiektywna opinia ludzi chcących coś zaszufladkować i ustalać strukturę podziału. Nie ma systemu, ani sposobu sklasyfikowania jakości i możliwości danego tatuatora. Oczywiście, że prace często bronią się same i pozwalają poprzez własną wrodzoną bądź wyuczoną wrażliwość i gust docenić walory i charakter prac danej osoby. Jednak jest to wciąż jednostkowa opinia tycząca się postrzegania plastycznej formy komunikacji tatuatora, tworzywa i odbiorcy/klienta.

Sam siebie postrzegam, jako człowieka, który poświecił bardzo dużo ciężkiej pracy robiąc to bez przerwy. Postrzegam siebie jako jednego z wielu, z ogromnej masy tatuatorskiej, który miał w sobie na tyle dużo determinacji, by mimo olbrzymiej ilości klęsk i porażek plastycznych, brnąc dalej i nieustannie szukać. Od zawsze miałem w sobie takie poczucie obowiązku wpojonego mi przez matkę, że albo zrobię coś porządnie od początku do końca albo mogę nie robić tego wcale.

Mówi się, że za ciężką pracą podąża sukces. Nie jest to scenariusz, który był mi znany od początku. Zaczęło się od zajawki, którą w sobie nosiłem, od kiedy znalazłem w wieku 13lat jakąś krótką wzmiankę o tatuażu w piśmie komputerowym ,,Reset”. Wtedy już wiedziałem, że jak przyjdzie ten czas, to ja będę cały w obrazkach. Szczenięce zauroczenie tą formą wyrazu trafiło na idealny, podatny grunt. W tym czasie byłem zbuntowanym małolatem, chwilę po rozwodzie rodziców, co podsycało chęć szukania własnej, odmiennej drogi. Zagościła ciężka muzyka, długie włosy i bazgranie czaszek i trupów po wszystkim, po czym dałem radę … Jednym słowem – klasyka. Co śmieszne… parę lat później, odgrzebałem właśnie to pismo, wyciąłem wzór wielkości paczki fajek i poszedłem cały dumny sobie to wytatuować. Okazało się, dosyć fartownie, że na pierwszy wzór na swoim ciele pokusiłem się o kopię starej ‘hiper’ znanej pracy Paul’a Booth’a. Można powiedzieć – dobry start  Od momentu przyjęcia pierwszego tatuażu, moje myśli jednoznacznie kierowały się w tę stronę. Mocno nieświadomie, ale z perspektywy czasu, jak o tym myślę, robiłem wszystko by się tym zająć.

Warto zaznaczyć, że w czasach, gdy zaczynałem tatuować, studia tatuażu nie działały tak, jak ma to miejsce dziś. Nie był to ‘godny zawód’. Nie było ogólnospołecznej akceptacji tego zjawiska. I zdecydowanie samo posiadanie tatuażu nie należało do mody. Studia to były takie, jakby dziuple pozostające bardziej w podziemiu i mające silne konotacje z półświatkiem. Nie było wolnych wakatów, nie było też opcji szkolenia się na tatuatora. Wszystko się opierało na pilnowaniu własnego interesu i utrzymaniu klientów przy sobie w tzw. nieświadomości istnienia innych tatuatorów. Nie było dostępności sprzętu, a jak już była, to nie było wyboru.

Zacząłem nieśmiało, u znajomego mojego znajomego w jego mieszkaniu (tu podziękowania dla Siergieja za ogarnięcie pierwszej z wielu ofiar), który miał już na sobie kolekcję tragicznych wrzutów i było mu wszystko jedno… gorzej nie będzie, a i dziarka za darmo… No i poszło.
To były czasy, gdy ludzie, których tatuowałem wierzyli, że ja się do tego nadaję bardziej, niż ja sam mogłem w to uwierzyć. Czasy bez zasad, techniki i planów. Chodziło po prostu by lepiej lub gorzej znaczyć ludzi. Później były jakieś tragiczne epizody w zakładach fryzjerskich, solariach, w garażach, w moim, jak i każdej chętnej osoby mieszkaniu, w dzień czy w środku nocy, na imprezie, czy też chwilę po niej . Pełen zestaw nieodpowiedzialnych zachowań – zaliczyłem na piątkę z plusem. Po 1,5 roku takiej tułaczki wiedziałem, że albo zrobię to w końcu na poważnie i odrzucę cały ten gnój dookoła albo zostanę takim osiedlowym drapaczem, co siorbie piwko i ćmi kiepa w trakcie tatuowania. Wtedy trafiłem do Gulestus Tattoo. Studio było u początku swojego istnienia. Wydaje mi się, że dla nas obydwojga było to super dobre spotkanie. Zaowocowało wspaniałą przygodą przez ponad cztery lata, dzięki której obydwoje zaczęliśmy poznawać scenę tatuażu w Polsce i zagranicą. Odbywając podróże w każdym kierunku, który umożliwiał rozwój. Współpraca z Darkiem Gułą, tak doświadczonym biznesowo jak i życiowo człowiekiem, dała mi szansę nauczyć się wiele o życiu i prowadzeniu firmy. Pod jego opieką wykluła się we mnie świadomość profesjonalnego tatuażu.
Jeśli się pytasz o śmieszne historie, to jak każdy tatuator, przeżyłem ich tyle, że ciężko spamiętać, ale są to bardziej piwne opowiastki niegodne skalania nimi papieru.

TATTOO-MAP: Obecnie, a właściwie już od wielu lat, Twoje prace są flagowymi przykładami tatuażu neotradycyjnego. Kojarzę jednak, że u początków swojej drogi zawodowej znany byłeś jako realista. Powiedz mi, w jakim momencie i co spowodowało Twoje odejście od stylu realistycznego, porzucenie go na poczet NEO, tym bardziej, że było to jeszcze w czasach, kiedy największym zainteresowaniem cieszył się real – chyba…

BARTOSZ PANAS: Tatuaż realistyczny, był, jest i zawsze będzie cieszył się popularnością, bo jest to najbardziej strawna forma plastyczna dla komercyjnego klienta.
Jako osoba ekstremalnie oddana obrazkom na skórze, zacząłem tatuować z pasji do tuszu, a nie do własnego ego (gdy zaczynałem, nie spodziewałem się, że kiedyś właśnie ego może okazać się sporą przeszkodą w rozwoju). Na początku chciałem tylko tatuować, cokolwiek aby tylko wbić igłę pod skórę, by poznać technikę, by poznać możliwości. Potem wraz ze wzrastająca świadomością zacząłem skupiać się na niuansach technicznych, które sprawiały mi największą trudność. Przez pierwsze sześć lat wykonywałem głównie tatuaż ‘każdy’, z naciskiem na wzory realistyczne i kolorowe. Wykonywałem również tatuaż bazujący na oriencie, na tatuażu tradycyjnym, new school’owym. Wykonywałem klasyczne tribale, jak i malutkie napisiki, znaczki, ozdobniki wszelkiej maści. Wszystko po to, by zrozumieć jak najlepiej skórę. Po dziś dzień z przyjemnością wykonuję każdy typ tatuażu.

Od tatuażu realistycznego zacząłem odchodzić na długo przed tym, jak poznałem pojęcie tatuażu neotradycyjnego. Realizm jest wspaniałą umiejętnością techniczną, w pewnych aspektach wręcz ocierającą się o autyzm. Sam jednak dotarłem do granicy plastycznej, której bez pomocy, nie byłem w stanie przeskoczyć. Równocześnie byłem zmęczony i znudzony tym kierunkiem. Dokładając do tego chęć plastycznego wyrażania siebie i opowiadania historii, dobiłem do punktu, w którym nieunikniona była zmiana.

Po dłuższym czasie prób i błędów poznałem Edka – krakowskiego gangstera tatuażu. Od tego momentu wszystko nabrało zupełnie innego tempa. Silna fascynacja jego pracami na początku moich poczynań z tą stylistyką miała dla mnie ukierunkowanie techniczne. To była jedyna droga do zrozumienia, jak operować linią, kontrastem czy formą, by uprościć prace bez utraty efektu. Jednak wszystko było nacechowane wiedzą, jaką posiadałem z wcześniejszych lat pracy i stylistyk, w których się poruszałem sprawnie. Po pewnym okresie niewprawnych, chaotycznych eksperymentów, zyskałem odwagę do kreowania własnego świata na skórze.
Z perspektywy czasu wiem, że właśnie ta technika oraz luźna interpretacja stylistyki dała mi szansę na szczerość i możliwość opowiadania swoich własnych historii, które nawet zakamuflowane mówią coś o mnie samym.

TATTOO-MAP: Może to pytanie wyda Ci się głupie, mi z początku takie się właśnie zdawało, ale jak się okazuje, jest ono zadawane dość często, a Ty wydajesz się jego właściwym adresatem. Czym jest tatuaż neotradycyjny, jakimi prawami według Ciebie się rządzi i jak go właściwie można scharakteryzować, nie zamykając oczywiście w sztywnych ramach, czego zrobić się chyba z resztą nie da, biorąc pod uwagę, jak wiele odmian ma ten styl.

BARTOSZ PANAS: By być absolutnie szczerym, to chyba nie mam pojęcia. Jak wspomniałem wcześniej, ta nazwa nie istniała w mojej świadomości jeszcze parę lat temu. Po czym, nagle wszystkie współczesne kreatywne wzloty tatuatorów, których prace nie klasyfikowały żadne kategorie, zaczęły być ubierane w nowe nazwy i odgórne zasady techniczne rządzące danym stylem.
Dla mnie znaczy to po prostu wykonanie wzoru względem prawideł tatuażu tradycyjnego – zachodniego, przedstawiając tym sposobem nowoczesne formy. Rozbudowane i dopasowane anatomicznie.

TATTOO-MAP: No właśnie, w swoich pracach przykładasz ogromną wagę do każdego elementu niezwykle rozbudowanych kompozycji. Nieustannie realizujesz wielkie projekty: całe fronty, plecy, nogawki czy rękawy. Pokazuje to, jak wielkim uznaniem cieszą się Twoje prace, skoro ludzie oddają Ci znaczną część swojej skóry. Jak wiele pracy wymaga od Ciebie przygotowanie takiego projektu, skąd czerpiesz inspiracje i czy wolisz, gdy klient poda Ci konkretne wytyczne czy może da wolna rękę w działaniu?

BARTOSZ PANAS: Nie czuję się sam przykuty łańcuchami do stylu, jakim określane są moje prace. Z lubością wybiegam w nich w inne kierunki eksperymentując z tym, co mam w głowie. Nie trzymam się kurczowo narzuconemu pojęciu stylu. Dla mnie jest to zawsze zabawa i improwizacja. Jeśli mój kontakt z klientem jest taki, że wiem, że możemy sobie pozwolić na nieszablonowe rozwiązania, to wtedy jest miejsce na szaleństwo. Jeśli klient jest zdeterminowany by otrzymać tatuaż względem rozwiązań, jakie zna już z moich opublikowanych wcześniej prac, zrobię co w mojej mocy, by spełnić jego oczekiwania.

Każdy gabaryt pracy, jaką wykonuję, ma ten sam proces przygotowania. Nigdy nie przygotowuję projektu przed terminem. Dla mnie liczy się chemia z klientem, liczy się to, jak danego dnia będę myślał. Wykonuję tatuaże spersonalizowane dla konkretnych ludzi. Ludzie, do których trafia moja stylistyka podają mi często określenie tego tematu za pomocą przymiotników bądź emocji, jakie chcą przedstawić. Dlatego nie jestem w stanie beznamiętnie traktować ludzkiej skóry jako płótna dla moich prac. To wszystko się spotyka gdzieś pośrodku. Wolę sam dopasować wszystkie czynniki wokół do oczekiwań klienta, niż zdecydowanie narzucić mu swoją wolę.

TATTOO-MAP: Od lat jesteś właścicielem studia Caffeine, które nieustannie się rozwija, powiększa załogę i wydawałoby się – absorbuje znaczną część czasu i energii, jednocześnie pracujesz na pełnych obrotach i wciąż jesteś w rozjazdach. Jak udaje Ci się to wszystko pogodzić w taki sposób, że nic nie traci na jakości? Jak znajdujesz czas i chyba przede wszystkim siłę?

BARTOSZ PANAS: Odpowiadając na te pytania akurat w duchu świętuję szóste urodziny Kofeiny.
Ja widzę to miejsce zupełnie inaczej. Ja dałem początek tej historii i napędziłem ją. Ale Caffeine Tattoo to nie jestem ‘Ja’. To My wszyscy w studio, którzy każdego dnia dajemy 200% siebie by sprostać Waszym oczekiwaniom. To również Wy, nasi klienci, którzy każdego dnia stawiają przed nami nowe wyzwania, ufając nam i powierzając swój kawałek skóry pod naszą opiekę.
Już od dawna, sukces istnienia tego studia przypisuję ludziom, z którymi mam zaszczyt pracować. Siebie samego widzę w roli drugoplanowej. Cieszę się, że udało mi się stworzyć miejsce pełne przyjaźni, zaufania i wzajemnego zrozumienia, gdzie wartością jest rozwój własnego warsztatu, swojej świadomości i możliwości. Gdzie kolejne szczęścia i trudności przeżywamy razem.
Serduchem całego studia jest Bartłomiej Toczek – nasz niezastąpiony i nieugięty w bojach manager, który trzyma wszystko w tej formie, jaką znamy na co dzień – o czym on sam niedawno napisał parę słów w wywiadzie z Tobą. Ja jestem raczej od sytuacji awaryjnych i gaszenia pożarów, tak bym to nazwał.
Dzięki współpracy z Bartkiem, Miskaczem, Yadou, Kordkiem, Agą, Frankiem, Danem, Kasią i Krzyśkiem czuję się każdego dnia jak na spotkaniu z rodziną, a nie w pracy.
Nieopisanym szczęściem i dumą jest dla mnie to, że tak wyjątkową grupę indywidualności artystycznych udało się związać razem, pod jedną, wspólną banderą.

Jak sama wiesz, Mario, ten wywiad powstawał w straszliwych bólach i dziękuję Ci, że wytrzymałaś aż pół roku, regularnie motywując mnie do ukończenia go.
Całe to opóźnienie wynikło z nadmiaru obowiązków, jakie wrzuciłem sobie na plecy w tym roku. Aktualnie, jako studio jesteśmy po otwarciu naszej powiększonej przestrzeni. Wszystkie te wysiłki miały na celu sprostanie rosnącym oczekiwaniom naszych klientów. Chciałem na nowo zdefiniować przestrzeń, w której ludzie kolorują swoje ciało tak, by pokazać, że można o tym myśleć inaczej i przełamać nudę i sztampę tyczącą się kreowania takich miejsc.
Nowe studio jest wypadkową moich przemyśleń i doświadczeń po trzynastu latach tatuowania, odwiedzonych setkach miejsc w Polsce i na świecie, w których przyszło mi tatuować. Wiele inspiracji przywiozłem z Zachodu. Chciałem postawić znak równości między nami wszystkimi, klientami i tatuatorami jeśli chodzi o komfort, popychając każdy element w jeszcze bardziej profesjonalnym kierunku.
10 czerwca tego roku, przy współpracy z Jameson Whiskey i Filipem Głodkiem-szefem kuchni, świętowaliśmy szóste urodziny Caffeine Tattoo oraz otwarcie nowej przestrzeni do pracy. Zapraszam serdecznie na YouTube, by zobaczyć filmik z tego wydarzenia. Było pysznie.

Prawdą jest to, że przez sześć ostatnich lat nie mogłem usiedzieć w miejscu i czułem wewnętrzny przymus podróży i poznawania tatuażu, jak i tatuatorów na całym kontynencie. Doszedłem również do takiego smutnego momentu w życiu, gdzie lotnisko było częstszym widokiem dla mnie, niż własny dom i to był układ, który musiał ulec zmianie. Szczególnie, że będąc tatuatorem w sumie nigdy nie miałem czasu na życie prywatne. Jak moja żona ze mną przetrwała te lata, tego nie wiem, ale cieszę się, że dała mi tę przestrzeń do lepszego poznania mojego świata.
Jestem szczęśliwym mężem i ojcem, więc dużo więcej mam do odkrycia i doświadczenia w domu z rodziną, niż w podróżach nie mających końca lub punktu nasycenia. I teraz jak patrzę na świat, to wolę podróże z rodziną, bez hasła ‘praca’ w tle. Zdecydowanie konwencje i guest spoty są wpisane w moją egzystencję, ale już w innych proporcjach.

TATTOO-MAP: Tatuujesz od wielu lat, jak sam wspomniałeś – jeździsz niesamowicie dużo po świecie, masz okazje współpracować z różnymi tatuatorami i klientami, bywasz na zagranicznych konwencjach, również Twoje studio co rusz odwiedzają artyści z najróżniejszych miejsc na świecie. Dążę do tego, aby zadać Ci pytanie o Polską branżę względem Zachodu, Wschodu, Północy, Południa…. Ewoluuję powoli czy może przeszła konkretną rewolucję?

BARTOSZ PANAS: Jak w każdej branży, dostęp do informacji, zapotrzebowanie rynkowe i konkurencja wpływają na zwiększenie tempa rozwoju. Tu jest to bardziej namacalne, bo widać kto od kogo czerpie, ile wkłada w to siebie. Polska scena tatuażu jest dobrze znana i szanowana na świecie. Jako państwo, nie mamy żadnej prawdziwie szlachetnej tradycji tatuażu poza tatuażem więziennym i ewentualnie wojskowym. Nie mamy też społecznej kultury tatuażu, budowanej przez dziesięciolecia. Nasza kultura tatuażu ukształtowała się na przestrzeni ostatnich 25 lat, a dodatkowo zostało to napędzone mainstreamową popularnością na przestrzeni ostatnich 10 latach. Zdecydowanie polscy tatuatorzy swoim brakiem barier i kreatywnością zaskoczyli Zachód. Jednak ciężko jest jednoznacznie określić polską scenę. Olbrzymia liczba naszych wybitnych emigrantów zasila studia na całym świecie. Z drugiej strony, nasze rodzime studia są teraz w dużej mierze rozsławiane przez naszych wschodnich braci. Tatuaż po prostu jest. Nie mamy tu konkurencji – blok wschodni kontra zachodni. To nie są zawody. Ja bym bardziej chciał żebyśmy starali się wspierać wszystkich, a nie dzielili na obozy i wychwalali, że MY jesteśmy lepsi. Mam wręcz wrażenie, że po silnej fali polskich tatuatorów, teraz przyszedł czas młodych tatuatorów, którym nie chce się brnąc do przodu aż tak, jak to miało miejsce kiedyś. Wydaje mi się, że teraz dużo bardziej każdy pracuje na własny rachunek, bez kolektywnej współpracy. Takie czasy. Też jest to ciekawe zjawisko do obserwacji.

TATTOO-MAP: Staż pracy i doświadczenie stoi bezwzględnie za Twoim dużym autorytetem. Dla wielu tatuatorów stałeś się przykładem, ale również swego rodzaju mentorem. Inwestujesz także w młode talenty, pomagając się rozwinąć jeszcze nieopierzonym, lecz zdolnym osobom. Dziś wiele osób marzy by zostać tatuatorem i ta droga do „osiągnięcia celu”, umówmy się – bardzo się skróciła i wygładziła. Ma to swoje plusy i minusy, jak wszystko. Jak Twoim zdaniem powinna się ona kształtować, jak powinno wyglądać „wychowanie” adepta sztuki tatuażu?

BARTOSZ PANAS: To jest jedno z tych pytań, na które albo nie ma właściwej odpowiedzi albo można pisać godzinami.
Każdy człowiek jest inny. Nie ma jednego sposobu by umożliwić komuś stanie się tatuatorem. Po moich wielu przygodach z ludźmi chcącymi nauczyć się ‘fachu’ mam dosyć ogólne spostrzeżenie. Tatuować można nauczyć nawet małpę, ale by dany osobnik chciał wykuć z siebie samego prawdziwego tatuatora, to już jest trudne wyzwanie i wymaga dużo szczęścia i determinacji. Tej ostatniej często brakuje już na samym początku. Podstawową kwestią powinna być pasja do tatuażu, a nie chęć zysku. Ta kwestia z kolei dyskwalifikuje już większość chętnych na starcie.
Jest to bardzo subiektywne postrzeganie rzeczywistości, ale skoro ja byłem wstanie zrezygnować ze wszystkiego, byle tylko tatuować, to oczekuje, żeby osoba, która chce parać się tym fachem miała w sobie podobną motywację. Pokora i chęć uczenia się przez cały czas są nieodłącznymi elementami tej pracy, z tym, że te cechy powinny być widoczne od samego początku. Obecnie najczęstszym scenariuszem jest wybór młodej osoby pomiędzy byciem barberem, tatuatorem, a Youtuberem. Czy to jest coś złego? Nie sposób mi ocenić. Prawdą jest to, że bycie tatuatorem jest w tej chwili dla młodych zwykłą pracą. Równie dobrze mogą sprzedawać koszulki w jakiejś sieciówce w galerii. Czas szczęśliwie sam odsiewa zbędne ogniwa.

TATTOO-MAP: Bez względu na obiektywność / subiektywność umieszczenia kogoś w czołówce (o czym mówiłeś na początku), ilekroć zastanawiam się ile osiągnąłeś, ile zrobiłeś – będąc wciąż w młodym wieku – dopada mnie pewne zdumienie. Kiedy po raz pierwszy byłam u Ciebie w studiu, przyznam Ci się szczerze, ilość nagród zdobytych przez Ciebie na różnych – polskich i zagranicznych – konwencjach, prezentowanych na ścianach dosłownie mnie powaliła. Próbowałam się ich doliczyć, za każdym razem, kiedy myślałam, że już to mam, jakaś kolejna wynurzała się z ukrycie, potem usłyszałam, że to nie są wszystkie, ponieważ z braku miejsca, część trzymasz „na zapleczu”… 😀 Twój dorobek jest doprawdy imponujący, mnie jednak ciekawi, jak to właściwie jest? Wiem, że dyplomacja nakazuje przyznać, że każda cieszy i każda zaskakuje, ale czy w rzeczywistości nadal towarzyszą Ci związane z tym duże emocje? 

BARTOSZ PANAS: Już dawno nagrody, trofea i wyróżnienia na konwencjach nie stanowią dla mnie atraktora samego w sobie. W przeszłości miałem tę świadomość, że to są takie nasze małe przyjacielskie potyczki między tatuatorami. I na konwenty jeździłem tylko po to, by wziąć udział w konkursach i sprawdzić swój poziom.
Teraz, po wielu latach, w trakcie których zdobyłem kilka nagród oraz sam wielokrotnie oceniałem prace w konkursach tatuażu na konwencjach, mam większy dystans do kwestii nagród. Na pewno dają one szansę uwierzyć we własne możliwości i zaufać intuicji przy tatuowaniu.

Nie zmienia to faktu, że zawsze jest człowiekowi miło na sercu, jak jego praca zostanie nagrodzona pamiątkowym kawałkiem statuetki. Jest to również ważny, lecz mocno przeceniany dowód uznania jakości posiadanej pracy dla wielu klientów. Toteż, cieszę się, że raz na jakiś czas, trud, ból i poświęcenie jakie ponoszą moi klienci może być w ten sposób ukoronowane.

TATTOO-MAP: Powiedz, czego właściwie powinnam Ci teraz życzyć?

BARTOSZ PANAS: Powodzenia i balansu

 

======

All photo content was taken from Bartosz Panas’s Social media:

Bartosz Panas fanpage: https://www.facebook.com/Panas.Bartosz

Bartosz Panas Instagram: https://www.instagram.com/panas_bartosz/

Caffeine Tattoo by Bartosz Panas fanpafe: https://www.facebook.com/caffeinetattoo/

Caffeine Tattoo by Bartosz Panas Instagram: https://www.instagram.com/caffeinetattoo/?hl=kn

Fotografie autorstwa Krzysztofa Szlęzaka wykorzystane dzięki uprzejmości autora.

Photographs courtesy of Krzysztof Szlęzak

About Maria Smigiel

The first time I set foot in a "tattoo studio", I was 15 years old. This is when my tattoo adventure begun. Fortunately, some time later, I met people to whom, I can confidently call true artists, even if my opinion of artists have been met with a rather large dose of skepticism, as I am strongly against calling just any tattooist an artist . What tattoos do I like the most? Those Good ones. Although I admit that my favourite style is neo-traditional and traditional. After holding the tattoo machine for the first time, I concluded that my first choice of history of art module at university was a much suited career path as apposed to a tattoo artist. For years, I have had the pleasure to surround myself with extremely talented people, not only those who are breaking the conventions, but also the negative stereotypes. These talented people have an incredible amount of knowledge to share. This brief explanation certainly does not reflect in full how truly talented and remarkable these People are, but it gives me the opportunity to introduce to you, those whom I admire before we get to know them a little better.